piątek, 6 lutego 2015

The Royal Burden: Rozdział pierwszy

Poszli do pokoju Jimina przylegającego do pokoju Jungkooka i zabrali z niego długi płaszcz z kapturem. Oprócz tego, starszy spakował kilka przekąsek i pieniądze, po czym zeszli do piwnic, w których rodzice Jungkooka trzymali wszelakie trunki z dobrych roczników. W podziemiach było przejście pod ziemią prowadzące bezpośrednio do groty znajdującej się poza murem pałacowym. W tunelu było chłodno i wilgotno, przez głowę. Jungkooka przeszła nawet myśl, by zrezygnować z ucieczki, jednak szybko odrzucił od siebie tą myśl.
Gdy w końcu wyszli, Jimin chwycił swojego panicza za poły płaszcza i pociągnął za sobą, nadając szybkie tempo ich marszowi.
Jiminie... Zwolnij... – wysapał Jungkook, potykając się o swoje nogi i gałęzie.
Chciałeś uciekać, to teraz nie narzekaj. – fuknął starszy, ciągnąc młodszego przez gęste chaszcze.
Znajdowali się w jakimś lesie, dlatego Jungkook nie rozumiał pośpiechu Jimina. Nigdy wcześniej nie był za murami pałacowymi, z wyjątkiem szlacheckiego miasta znajdującego się tuż przy granicy. Zawsze wyobrażał sobie świat zewnętrzny, jak coś w rodzaju piekła na ziemi. Oczekiwał, że wszędzie będą stały ciemne stalaktyty, płomienie będą zżerały martwe ciała, a zamiast nieba, będzie tylko niekończąca się ciemność. Zrozumiał, że nie jest w terenie swojej rezydencji, gdy jego oczom ukazały się stare, podniszczone budynki oraz brudne kamieniczki. Zatrzymali się dopiero w którejś z kolei wnęce. Jimin odwrócił się w jego stronę i zaciągnął mu kaptur na twarz.
Nie wolno ci go zdejmować. – powiedział, zaciągając sznurki, by czasem materiał nie zsunął się z jego głowy.
Dlaczego? – odparł Jungkook kapryśnym tonem, krzywiąc się na ograniczony widok.
Jakby to powiedzieć... – starszy zaczął, ale gdy tylko napotkał spojrzenie Jungkooka, doszedł do wniosku, że nie ma sensu owijać w bawełnę. – Rodziny szlacheckie nie są tu mile widziane. Jak odkryją, kim jesteś, nie będę w stanie ci pomóc. Wszak wizerunek królewskiego potomka był ukazany tylko dwa razy, w ciągu jego życia, czyli gdy się urodził oraz gdy jego rodzina obchodziła setne urodziny jego dziadka, wciąż istniało prawdopodobieństwo, że ludzie mogą go kojarzyć. Plebs nienawidził rojalistów, bo to oni zepchnęli ich do takiego stanu życia, gdzie trudno jest zarobić chociaż na kanapkę, jeśli nie pracuje się na czarnym rynku, który z kolei był miejscem niebezpiecznym, do którego niektórzy udawali się po zarobek i nigdy nie wracali.
Książę poczuł wątpliwości odnośnie swojej pochopnej decyzji i skrzywił się. Kiwną delikatnie głową i chwycił dłoń swojego przyjaciela, w obawie, że oddali się bez niego. Jimin jednak nie zamierzał go zostawić. Może był czasem kapryśny i nieznośny, ale w dalszym ciągu był to jego przyjaciel.
Wyszli z zaułka i przeszedłszy trzy uliczki trafili do małego lokalu. Jimin zamknął za sobą drzwi, a kelner spojrzał na nich zza lady, po czym obdarzył ich szerokim uśmiechem.
Jiminnie! – zawołał radośnie i podbiegł do swojego przyjaciela, by go przytulić. – Przyszedłeś wreszcie!
Już, już, Taehyungie. – Jimin zaśmiał się, czochrając włosy kelnera.
Rozentuzjazmowany chłopak wypuścił go z objęć i obdarzył swym zainteresowaniem stojącego do tej pory w ciszy Jungkooka.
Kto to? – spytał się, podchodząc tak blisko nieznanego gościa, że ten aż się wzdrygnął i cofnął o pół kroku.
To jest... No... Drugi sługa mojego panicza... Kook! – Jimin wymyślił na poczekaniu, po czym zaśmiał się nerwowo, odwracając wzrok.
Taehyung zlustrował wzrokiem Jimina, po czym przeniósł spojrzenie na Kooka. Przekrzywił lekko głowę. Zdawało mu się, że skądś już go kojarzył, ale nie wiedział skąd. Jednak nie powiedział tego, a w zamian obdarzył zestresowanego chłopaka szerokim uśmiechem.
Ile masz lat? – spytał wesołym tonem i poprowadził go do stołu.
Osiemnaście. – odpowiedział krótko Jungkook, rozglądając sie po pomieszczeniu.
Nie było tu żywej duszy, więc wywnioskował, że jedzenie tutaj musi być okropne. Na ścianach nie wisiały żadne obrazy, a farba lekko odchodziła i w niektórych miejscach było widać tynk. Podłoga też nie była niczym specjalnym, proste drewniane deski. Mimo to, lokal był utrzymany w porządku, żadne krzesło nie odstawało od sosnowych stołów i nawet malutka plamka nie szpeciła podłogi.
Jaki młody! – zawołał Taehyung i przytulił Kooka, przez co młodszy jęknął. – I jaki słodki!
Jungkook poczuł, jak się rumieni. Często to słyszał od znajomych rodziców na bankietach, ale z ust tego chłopaka brzmiało to jakoś... inaczej. Odwrócił wzrok, a Taehyung, który niczego nie zauważył, posadził go tuż przy ladzie i zniknął w drugim pomieszczeniu. Po chwili dosiadł się do niego Jimin, szczerząc się.
Gdzie jesteśmy? – spytał Jungkook szeptem, by przypadkiem nie usłyszał ich Taehyung.
Jesteśmy u mojego przyjaciela i jego brata, a to jest ich lokal. – odparł Jimin normalnym głosem, dając tym samym do zrozumienia swojemu przyjacielowi, że nie musi się ukrywać z tą rozmową.
Jungkook pokiwał w ciszy głową, a zza framugi drzwi wyłonił się Taehyung, niosąc kawałek ciasta.
Specjał Hoseoka. Mojego brata. – powiedział, podając talerzyk młodszemu. – Mam nadzieję, że będzie ci smakować.
Jungkook przyjrzał się ciastu, które wyglądało normalnie, jednak miał wątpliwości co do smaku. Przecież musi być jakiś powód, dlaczego nikt tutaj nie przychodzi... Z drugiego pomieszczenia wychyliła się kolejna głowa, jak się Jungkook domyślił, należąca do brata Taehyunga. Wiedział, że chłopak go obserwuje, ale nie miał zamiaru ukrywać się, jeżeli ciasto byłoby niedobre. Wziął wypiek do ręki i ostrożnie ugryzł kawałek.
To ciasto! – zaczął, otworzywszy szeroko oczy ze zdumienia. – To wasze ciasto trafiło na bankiet!
Przez niezręczną ciszę, jaką zastał, zorientował się, jaką głupotę właśnie popełnił. Dostał kuksańca w bok od Jimina i miał już się pytać, czy tak właśnie powinno się traktować swojego pana, gdy jego przyjaciel zakrył mu w porę usta.
Skąd wiesz, że moje ciasto trafiło na stoły w pałacu? – spytał podejrzliwie starszy brat, marszcząc brwi.
Jungkook miał zamiar się odezwać, wymyślając na poczekaniu coś głupiego, kiedy znów dostał łokciem w żebra. W tym momencie zapamiętał sobie, że Jiminowi należy się trochę więcej dyscypliny.
Bo... Nasz kochany panicz raczył nas poczęstować tym ciastem! – oznajmił Jimin, szczerząc się do Hoseoka.
Kucharz zlustrował wzrokiem Jimina i Jungkooka, po czym westchnął cicho. Oczywistym było, że w przeciwieństwie do swojego młodszego brata, on nie uwierzył w tą bajeczkę. Stwierdził jednak, że nie należy teraz naciskać i, że wcześniej czy później i tak się dowie prawdy, chociaż przypuszczał już, jaka ona była. Ponownie spojrzał na Jungkooka i prychnął.
Nie powiedziałeś mi jeszcze, czy ci w końcu smakuje. – powiedział oschle, podchodząc do najmłodszego.
To ciasto jest genialne! – odparł natychmiast Jungkook, a jego oczy lśniły lekko.
Hoseok uśmiechnął się do siebie i pokiwał głową. Właśnie takiej reakcji oczekiwał. Jungkook natomiast zamyślił się, wpatrując się w ciasto.
Ale skoro ono jest takie dobre, dlaczego nikogo tu nie ma? – odezwał się i był gotów przyjąć łokieć Jimina na swoje żebra, lecz na szczęście, nie musiał.
Dzisiaj się urodziłeś? – prychnął Hoseok. – Myślisz, że ktoś będzie wydawać pieniądze na ciasto, zamiast na przeżycie?
Jungkook zamilkł i spuścił głowę. Zaczął przygryzać swoją dolną wargę, na co Hoseok cicho westchnął i zwrócił się do Jimina.
Dlaczego tutaj jesteście? – spytał, a Taehyung zachęcił Jungkooka, by skończył jeść.
Potrzebujemy przenocować, możemy? – spytał Jimin, posyłając przepraszający uśmiech swojemu hyungowi.
Hoseok westchnął ciężko, wznosząc oczy ku górze. Nie było sensu mu odmawiać, bo i tak łaziłby ciągle wokół niego, prosząc o swoje i przeszkadzając mu.
Jedną noc. – zgodził się, a Jimin natychmiast wstał i przytulił go ciasno, na co zareagował śmiechem,
W międzyczasie Jungkook podzielił się ciastem z Taehyungiem, które zjedli razem w ciszy.


Gdy godziny pracy lokalu skończyły się, a Hoseok z Taehyungiem obsłużyli ostatniego i zarazem jedynego klienta poza Jungkookiem, całą czwórką przeszli do drugiego pokoju, gdzie znajdowała się kuchnia jak i składzik zarazem. Weszli schodami ku górze, gdzie mieszkało rodzeństwo. Hoseok otworzył drzwi i wpuścił wszystkich do mieszkania, a ku nim wyleciała biała, puchata kulka. Jungkook spojrzał ze zdziwieniem na stworzonko, przypominające małe wilczątko. Chciał się pochylić, by bliżej mu się przyjżeć, gdy Jimin pociągnął go z powrotem do wyprostu, a małe zwierzątko wydało z siebie potężny warkot przypominający grzmot.
Naprawdę jesteś tak głupi, by wszystko dotykać? – prychnął Jimin, a Taehyung wziął wilczka na ręce.
Co to jest? – spytał lekko przerażony Jungkook. Nie mógł uwierzyć, że takie małe zwierzątko może wydać z siebie taki dźwięk.
Wilkor. – odpowiedział Taehyung, drapiąc kulkę za uchem. – Ma na imię Śnieżek.
Słuchałeś mnie w ogóle?! – odezwał się Hoseok, dźgając swojego brata w ramię. – To nie jest odpowiednie imię dla takiego stworzenia!
Śnieżek zaczął warczeć na starszego z braci, na co ten cofnął się, prychając cicho.
Ale jemu się podoba, prawda? – zwrócił się do swojego zwierzątka i zanurzył nos w jego sierści, na co stworzonko zaczęło mruczeć.
Jungkook przypatrywał się wilkorowi, a gdy Taehyung to zauważył, wysunął go w jego stronę, przez co młodszy chłopak dostał niemalże zawału, gwałtownie cofając się kilka kroków, aż opadł na ścianę.
Nie martw się, nie ugryzie cię. – zaśmiał się Taehyung i puścił stworzonko wolno. – Wilkory są bardzo inteligentne.
Jungkook przykucnął ostrożnie i wysunął dłoń. Mały wilczek popatrzył na niego uważnie, po czym na swojego pana, a gdy ten kiwnął zachęcająco głową, stworzonko podeszło do wyciągniętej ręki i pozwoliło się pogłaskać. Kook wypuścił ze świstem powietrze, rozluźniając się, co spowodowało, że Taehyung zaczął się śmiać.
Słyszałem, że wilkory są wielkości niedźwiedzi. – odezwał się Jungkook po dłuższej ciszy, w dalszym ciągu głaszcząc psowate zwierzątko.
Bo są. – odparł Taehyung, wzruszając ramionami i przyłączył się do pieszczenia swojego pupila, siadając obok chłopaka.
To dlaczego ten nie jest? – dopytywał się Jungkook.
Taehyung zastanowił się przez chwilę, czy powinien mówić swojemu nowemu znajomemu o pochodzeniu swojego pupila i doszedł do wniosku, że jest przecież przyjacielem Jimina i nie musi mieć do niego żadnych wątpliwości.
Ten został uratowany od pewnej śmierci. – zaczął Taehyung, biorąc stworzonko na kolana. – On już większy nie będzie. Jest karłowaty. Przez to, jako że się nie nadawał do walki, został „wyrzucony”.
Nie mógł sobie sam poradzić?
Taehyung spojrzał w lśniące oczy Kooka i uśmiechnął się krzywo.
Wilkor to nie pies, że można go na ulicę wyrzucić,a on sobie jakoś poradzi. Nawet ten malec jest wystarczająco niebezpieczny, by mógł pilnować naszego lokalu. – powiedział, drapiąc swojego pupila po brzuszku. – Takie zwierzęta oddaje się na śmietnisko czarnego rynku, a tam nie ma nic innego, poza śmiercią.
Jungkook wpatrywał się pustym wzrokiem w małego wilkora, nieświadomie opierając się o Taehyunga, ze skupieniem słuchając historii małego wilkora.
Przyjaciel mojego brata powiedział, że może nam dać go za darmo, bo nie chciał skazywać niczemu winne zwierzę na śmierć jedynie z powodu swojej choroby. – Taehyung uśmiechnął się lekko. – Pamiętam, to było chyba pierwszy raz, kiedy to Yoongi hyung prosił mojego brata o przysługę i namawiał go. Zawsze było na odwrót.
Jungkook również zaśmiał się cicho i posmyrał wilczka pod pyskiem. Zwierzątko wydało z siebie przyjazny okrzyk i ugryzło delikatnie palce chłopaka,
Lubi cię! – oznajmił wesoło Taehyung i poczochrał włosy Jungkooka, obdarzając go szerokim uśmiechem.
Przez głowę Jungkooka przeszła myśl, że gdy chłopak tak robi, jest naprawdę uroczy. Młodszy odwzajemnił gest, nabierając lekkiego rumieńca. Taehyung wpatrywał się w lśniące oczy jego nowego kolegi i przyznał w duchu, że nigdy nie widział śliczniejszych oczu.
W międzyczasie Jimin i Hoseok siedzieli w drugim końcu pokoju i rozmawiali ze sobą przyciszonym głosem, by młodsi chłopcy ich nie usłyszeli.
To kim on w końcu jest? – spytał starszy, patrząc się stanowczo w oczy młodszego.
Przecież już mówiłem. – Jimin odwrócił wzrok, stresując się lekko. – Jest drugim służącym mojego panicza...
Faktycznie, mówiłeś już to, a teraz powiesz mi prawdę? – naciskał Hoseok.
Jimin westchnął cicho. Wiedział, że Hoseok nie ulegnie, więc zacisnął ręce w pięści i powiedział, kim jest Jungkook. Opowiedział mu również, dlaczego są tutaj, a starszy kiwał głową w zrozumieniu, cały czas zachowując tą samą twarz, co lekko niepokoiło Jimina.
Rozumiem. – powiedział w końcu Hoseok i przeczesał dłonią swoje włosy. – Nie zwracam uwagi na pochodzenie, więc wyluzuj teraz trochę. Nikomu nie powiem. Pod warunkiem, że dzieciak nie zamierza zrobić z nas dodatkowych sługusów.
Jimin milczał przez chwilę. Rzucił Hoseokowi lekko wyzywające spojrzenie.
Za kogo ty mnie masz? Nie przyprowadziłbym go tutaj, gdybym mu nie ufał. – Powiedział w końcu lekko obrażonym tonem. – Jest może naiwny, rozpieszczony i apodyktyczny, ale... wciąż jest moim przyjacielem. Nie jestem tylko sługą.
On też tak myśli? – spytał starszy, unosząc jedną brew.
Tak. – odparł bez wahania Jimin. – Gdyby tak nie myślał, nie znałbym go tak dobrze.
Tym razem Hoseok zachował milczenie, obserwując księcia bawiącego się z jego bratem. Miał do niego mieszane uczucia, nie był pewny, czy można mu zaufać, lecz skoro Jimin gwarantował, że nie ma ku temu przeciwskazań, postanowił dać szansę paniczowi. Klasnął w ręce i wstał ze zniszczonej sofy, na której siedział razem z Jiminem.
Pora spać, dzieciaki. Późno już jest. – powiedział radośnie, pomagając podnieść się jego przyjacielowi.
Jungkook i Taehyung wzdrygnęli się lekko i natychmiast stanęli na równe nogi, nabierając ciemnych rumieńców. Obydwoje patrzyli w różne strony, a Hoseok prychnął cicho. Rozłożył łóżko i doszedł do wniosku, że wszyscy się nie zmieszczą, jeżeli położą się normalnie. Ułożył więc poduszki w poprzek. Łóżko było wystarczająco szerokie, by można było się położyć i w tą stronę. Jedynie trzeba było podkurczyć trochę nogi, co nie przeszkadzało w wygodnym ułożeniu się. Poszedł do łazienki, by wziąć prysznic, a gdy skończył i wyszedł z łazienki, wszyscy już spali. Zgasił światło i ułożył się na końcu łóżka, obok Taehyunga, przykrywając się skrawkiem kołdry. Westchnął cicho, gdy jego młodszy brat rozwalił się na nim. Zamknął oczy i po chwili odpłynął w objęciach Morfeusza do krainy snów.


Serce Jimina stanęło w jednym momencie, gdy po otwarciu oczu zobaczył tylko Hoseoka po drugiej stronie łóżka. Nie było obok niego jego przyjaciela. Podniósł się natychmiast i ulżyło mu, gdy zobaczył swojego panicza, siedzącego na ziemi, bawiącego się z wilkorem.
Gdzie jest Taehyung? – spytał, gdy zauważył, że drugiego chłopaka nigdzie nie ma. Jungkook podniósł na niego wzrok i obdarzył go szerokim uśmiechem, który Jimin odwzajemnił, wstając z łóżka.
Powiedział, że idzie zrobić do jedzenia. – odpowiedział młodszy, biorąc wilkora na ręce. Zwierzak nie miał już nic przeciwko niemu i pozwalał mu robić ze sobą co chce.
Mina Jimina od razu zżedła. Ostatnim razem, jak Taehyung sporządzał posiłek, wywołał pożar w kuchni, który próbował ugasić olejem. Na słowa Jungkooka nawet Hoseok się obudził i czym prędzej popędził na dół, a tuż za nim Jimin. Zdezorientowany książę odłożył zwierzątko i ruszył za hyungami na parter.
Przed piecykiem gazowym stał Taehyung, smażąc jajecznicę z super skupionym wyrazem twarzy. Dwójka starszych przyglądała się ze zdumieniem niepłonącej patelce, podczas gdy najmłodszy dalej nie wiedział o co chodzi.
Taetae, nauczyłeś się gotować? – spytał z niedowierzeniem Hoseok podchodząc bliżej.
I to był największy błąd, jaki mógł w tej chwili zrobić. Taehyung spojrzał na niego, uśmiechając się, a jego patelka natychmiast zaczęła się palić, jakby spojrzenie chłopaka powstrzymywało ją od samozapłonu.
Taehyung odskoczył zaskoczony, a Jimin doskoczył do kranu i natychmiast ugasił pożar wodą. W kuchni unosił się swąd spalenizny i wszyscy zaczęli kaszleć. Hoseok otworzył okno i wszyscy wystawili za nie głowy, łapczywie nabierając świerzego powietrza. Gdy już większość smrodu ulotniła się, Taehyung dostał w tył głowy otwartą dłonią od swojego brata.
Co ci przyszło do tego pustego łba, żeby samemu smażyć jajecznicę?! – fuknął Hoseok, podchodząc do spalonej patelki.
Taehyung stał ze spuszczoną głową, wpatrując się w czubki swoich butów.
Chciałem zrobić coś dla Jungkooka... – powiedział cicho, czerwieniejąc.
Hoseok warknął na siebie i zaczął skrobać zwęglone resztki z patelki nad zlewem. Jungkook poczuł się współwinny za ten incydent, dlatego podszedł do Taehyunga i objął go ramieniem, chcąc go pocieszyć.
Dzięki, że się starałeś. – powiedział cicho, pocierając plecy starszego chłopaka, który uśmiechnął się na te słowa.
Jimin spojrzał krzywo na swojego panicza. To był pierwszy raz, kiedy Jungkook dziękował komukolwiek innemu, aniżeli jemu. Uśmiechnął się jednak po chwili i podszedł do Hoseoka, by pomóc mu.
Kookie. – zawołał swojego przyjaciela po dłuższej chwili, gdy prawie już skończył czyścić patelkę, a młodszy podszedł do niego. Hoseok w tym czasie zaczął przyrządzać śniadanie. – Wrócimy do pałacu, dobrze?
Jungkook zawachał się. Nie chciał wracać do domu. Było mu tu dobrze, ale wiedział, że jego przyjaciel tylko zachowuję zimną krew, a tak naprawdę w duszy boi się, że jego rodzice zauważyli zniknięcie swojego syna, a wtedy cała wina spadnie na niego. Kiwnął bardzo powoli głową, przyglądając się, jak Jimin płucze naczynie.
Dziękuję. – powiedział jego przyjaciel, odkładając patelkę, po czym wytarł ręce i poczochrał włosy Jungkooka z szerokim uśmiechem.
Śniadanie! – zawołał Hoseok, niosąc stos kanapek na stół w pokoju obok.
Wszyscy powędrowali za nim i usiedli razem przy stole, poza Hoseokiem, który poszedł otworzyć lokal i dopiero wtedy przysiadł się do pozostałych. Zaczęli jeść kanapki, gdy do lokalu wszedł rudowłosy mężczyzna. Hoseok spojrzał na niego i od razu przerwał jedzenie, wstając od stołu.
Myślę, że powinniście się zbierać. Weźcie te kanapki. – mruknął do Jimina, który od razu zrozumiał, o co chodzi.
Zabrał jeszcze po kanapce dla siebie i dla Jungkooka, każąc mu w międzyczasie założyć kaptur. Pośpiesznie wyszli z lokalu, a książę zdążył jeszcze pomachać na pożegnanie Taehyungowi.
Mężczyzna odczekał, aż dwójka chłopaków znikła mu z oczu i zwrócił się do starszego z braci.
Po co przyszedłeś, Suga? – Hoseok spytał, przygryzając wargę.
Mam robotę dla ciebie. – powiedział cicho.
Taehyung zabrał kanapki i wyniósł się do kuchni, by nie przeszkadzać swoim hyungom. Wiedział, że jeżeli pada słowo „robota” od tego hyunga, nie powinien słuchać, o czym rozmawiają.
Jaką? – spytał Hoseok, nerwowo przestępując z nogi na nogę.
Oczekiwał najgorszego. Większość prac od Sugi polegała na kradzieży jakichś rzeczy i zawsze skutkowało czyjąś śmiercią. Oczywiście, nie on zabijał, a hyung stojący przed nim. Zazwyczaj ludzie, którzy są okradani, to inwestorzy i temu podobni ludzie, nie spłacający kredytów i pożyczek. Suga był handlowcem na czarnym rynku, z którym lepiej było nie zadzierać. Mężczyzna podszedł do stolika i usiadł.
Spokojnie, nie musisz się denerwować. Tylko transport. Mam zlecenie, by zawieźć wilkory na ubój. – uśmiechnął się krzywo.
Nie możesz tego sam zrobić? – Hoseok prychął, wzruszając ramionami.
Skoro to było takie proste, to po co go potrzebował? Spojrzał na niego i po chwili olśniło go.
Ah, już rozumiem... – mruknął. – Chodźmy.
Machnął na Sugę, a ten ruszył za nim. Wyszli z lokalu i wsiedli do samochodu starszego. Prawdą było, że pomimo chłodnego charakteru i groźnej aury Yoongi był bardzo wrażliwy, jeżeli chodziło o zwierzęta. Dojechali do hangaru, gdzie znajdowało się stanowisko pracy Sugi. W środku stała wielka klatka zakryta brudnym materiałem. Na jej widok starszy skrzywił się lekko i podszedł do swojego biurka, by spisać adres dostawy i wręczyć go Hoseokowi. W budynku słychać były ciche jęki i piski, dochodzące jakby spod ziemi. Młodszy cały czas miał oczy na brudnym materiale.
Chcesz zajrzeć? – spytał Suga, Hoseok wzdrygnął się na dźwięk jego głosu.
Spojrzał niepewnie na swojego hyunga, po czym podszedł niepewnie do klatki i uniósł materiał. W jego nozdrza uderzył silny zapach rozkładających się ciał. W śroku, jeden na drugim, leżały wilkory, brudne od krwi i poszarpane, niektórym było widać nawet kości. To one wydawały z siebie te jęki i piski. Niektóre ledwo co oddychały. Ich ciała zaczynały się rozkładać, pomimo tego, że jeszcze żyły.
Hoseok zakrył usta i odsunął się natychmiast, potykając się o swoje nogi. Ledwo się powstrzymał, by nie zwymiotować kanapki, którą zjadł niedawno. Suga stanął za nim, trzymając w ręku karteczkę.
Przywieziono je z domów tych jebanych rojalistów. Znudziły im się, więc postanowili stworzyć sobie nową rozrywkę. W końcu kto bogatemu zabroni? – powiedział to cicho drżącym głosem, zaciskając dłonie w pięści.
Hoseok zauważył w oczach swojego hyunga łzy, jednak ten nie pozwolił im wypłynąć. Wytarł je w rękaw swojej bluzy i odwrócił się.
Idź do czarnej ciężarówki, zaraz ci przeniosę tą klatkę do kontenera. – powiedział już normalnym głosem, podając karteczkę Hoseokowi i ruszył w stronę wózka.
Młodszy chłopak pozbierał się i zabrał kluczyki z biurka. Wszedł do ciężarówki i zaczekał, aż zwierzęta zostały załadowane. Włożył wtedy kluczyki do stacyjki i uruchomił silnik. Wyjechał z hangaru i ruszył na południe kraju, pod wskazany adres.
Suga obserwował odjeżdżający samochód, póki nie zniknął mu z oczu. Było mu szkoda tych wilkorów. Usiadł na krześle przy biurku i schował twarz w dłoniach. Tak bardzo nienawidził tego świata, tego systemu. Chciałby to zmienić. Kiedyś miał swoją hodowlę różnych domowych zwierząt, od koszatniczek poczynając, aż po wilkory. Pewnego dnia, gdy wrócił do domu zastał liścik na drzwiach od żandarmerii, a wokół walały się trupy jego pupili. Nawet już nie pamiętał, co było napisane na tym jebanym kawałku papieru.
Wzdrygnął się, gdy poczuł, jak ktoś przytula go od tyłu.
Co robi mój mały braciszek? – usłyszał przy swoim uchu i natychmiast uderzył napastnika w brzuch łokciem, przez co tamten wywalił się.
Jestem starszy od ciebie, Namjoon. – warknął, wstając z krzesełka.
Stanął nad swoim przyjacielem i spojrzał mu chłodno w oczy, lecz po chwili nie wytrzymał i parsknął śmiechem.
Ale wciąż mi przypominasz mojego młodszego brata! – burknął Namjoon, podnosząc się z ziemi. – Mów do mnie hyung.
Chyba cię pojebało. – odparł Yoongi i kopnął lekko w nogę swojego przyjaciela i ponownie usiadł, by zająć się papierkową robotą.
Suga i Namjoon nie byli rodzeństwem, ale tylko pod względem biologicznym. Wychowali się razem na ulicy i bronili siebie wzajemnie, gdy była taka potrzeba. Byli dla siebie jedynymi bliskimi osobami i ufali sobie bezgranicznie. Namjoon zawsze traktował Sugę jak młodszego brata, pomimo tego, że był młodszy. Yoongiemu to raczej nie przeszkadzało, znał bowiem przeszłość swojego przyjaciela na tyle dobrze, by rozumieć, co on czuje.
Przez chwilę trwała w hangarze cisza, przerywana jedynie skrobaniem długopisu.
Jin ma dla ciebie robotę. – odezwał się w końcu Namjoon, kładąc mu dłoń na ramieniu.
Kim Seokjin był szefem największej mafii w kraju, a młodszy chłopak był jego prawą ręką i najbardziej zaufanym członkiem mafii. Yoongi nie należał do niej, ale wyświadczał małe przysługi, zapewniając sobie tym samym bezpieczeństwo i ewentualną ochronę.
Hm? – mruknął Suga, nie skupiając na nim zbyt wielkiej uwagi.
Chodzi o robotę związaną z twoją drugą działalnością, tą poza prowadzeniem tego hangaru. – powiedział ostrożnie Namjoon. W jego głosie nie było słuchać ani trochę tego wesołego gościa z przed chwili.
Suga uniósł głowę i spojrzał na Namjoona. Westchnął cicho i zamknął zeszyt, w którym wszystko notował. Wstał i podszedł do szafy pancernej, w której trzymał swój sprzęt potrzebny do wykonywania robót na boku, gdy ktoś sprawiał problemy.
- A o co dokładnie chodzi? - spytał, otwierając drzwiczki.
- Wolałbym, żebyś pojechał ze mną do kryjówki jego mafii. On ci wszystko wytłumaczy.
Suga pokiwał głową. Wyciągnął małe zawiniątko i schował je do plecaka. Założył go na plecy i spojrzał na Namjoona.
- To chodźmy. - powiedział, wzruszając ramionami.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz