Poszli
do pokoju Jimina przylegającego do pokoju Jungkooka i zabrali z
niego długi płaszcz z kapturem. Oprócz tego, starszy spakował
kilka przekąsek i pieniądze, po czym zeszli do piwnic, w których
rodzice Jungkooka trzymali wszelakie trunki z dobrych roczników. W
podziemiach było przejście pod ziemią prowadzące bezpośrednio do
groty znajdującej się poza murem pałacowym. W tunelu było chłodno
i wilgotno, przez głowę. Jungkooka przeszła nawet myśl, by
zrezygnować z ucieczki, jednak szybko odrzucił od siebie tą myśl.
Gdy
w końcu wyszli, Jimin chwycił swojego panicza za poły płaszcza i
pociągnął za sobą, nadając szybkie tempo ich marszowi.
–
Jiminie... Zwolnij... – wysapał
Jungkook, potykając się o swoje nogi i gałęzie.
–
Chciałeś uciekać, to teraz nie
narzekaj. – fuknął starszy, ciągnąc młodszego przez gęste
chaszcze.
Znajdowali
się w jakimś lesie, dlatego Jungkook nie rozumiał pośpiechu
Jimina. Nigdy wcześniej nie był za murami pałacowymi, z wyjątkiem
szlacheckiego miasta znajdującego się tuż przy granicy. Zawsze
wyobrażał sobie świat zewnętrzny, jak coś w rodzaju piekła na
ziemi. Oczekiwał, że wszędzie będą stały ciemne stalaktyty,
płomienie będą zżerały martwe ciała, a zamiast nieba, będzie
tylko niekończąca się ciemność. Zrozumiał, że nie jest w
terenie swojej rezydencji, gdy jego oczom ukazały się stare,
podniszczone budynki oraz brudne kamieniczki. Zatrzymali się dopiero
w którejś z kolei wnęce. Jimin odwrócił się w jego stronę i
zaciągnął mu kaptur na twarz.
– Nie
wolno ci go zdejmować. – powiedział, zaciągając sznurki, by
czasem materiał nie zsunął się z jego głowy.
–
Dlaczego? – odparł Jungkook
kapryśnym tonem, krzywiąc się na ograniczony widok.
–
Jakby to powiedzieć... – starszy
zaczął, ale gdy tylko napotkał spojrzenie Jungkooka, doszedł do
wniosku, że nie ma sensu owijać w bawełnę. – Rodziny
szlacheckie nie są tu mile widziane. Jak odkryją, kim jesteś, nie
będę w stanie ci pomóc. Wszak wizerunek królewskiego potomka był
ukazany tylko dwa razy, w ciągu jego życia, czyli gdy się urodził
oraz gdy jego rodzina obchodziła setne urodziny jego dziadka, wciąż
istniało prawdopodobieństwo, że ludzie mogą go kojarzyć. Plebs
nienawidził rojalistów, bo to oni zepchnęli ich do takiego stanu
życia, gdzie trudno jest zarobić chociaż na kanapkę, jeśli nie
pracuje się na czarnym rynku, który z kolei był miejscem
niebezpiecznym, do którego niektórzy udawali się po zarobek i
nigdy nie wracali.
Książę
poczuł wątpliwości odnośnie swojej pochopnej decyzji i skrzywił
się. Kiwną delikatnie głową i chwycił dłoń swojego
przyjaciela, w obawie, że oddali się bez niego. Jimin jednak nie
zamierzał go zostawić. Może był czasem kapryśny i nieznośny,
ale w dalszym ciągu był to jego przyjaciel.
Wyszli
z zaułka i przeszedłszy trzy uliczki trafili do małego lokalu.
Jimin zamknął za sobą drzwi, a kelner spojrzał na nich zza lady,
po czym obdarzył ich szerokim uśmiechem.
–
Jiminnie! – zawołał radośnie i
podbiegł do swojego przyjaciela, by go przytulić. – Przyszedłeś
wreszcie!
–
Już, już, Taehyungie. – Jimin
zaśmiał się, czochrając włosy kelnera.
Rozentuzjazmowany
chłopak wypuścił go z objęć i obdarzył swym zainteresowaniem
stojącego do tej pory w ciszy Jungkooka.
– Kto
to? – spytał się, podchodząc tak blisko nieznanego gościa, że
ten aż się wzdrygnął i cofnął o pół kroku.
– To
jest... No... Drugi sługa mojego panicza... Kook! – Jimin wymyślił
na poczekaniu, po czym zaśmiał się nerwowo, odwracając wzrok.
Taehyung
zlustrował wzrokiem Jimina, po czym przeniósł spojrzenie na Kooka.
Przekrzywił lekko głowę. Zdawało mu się, że skądś już go
kojarzył, ale nie wiedział skąd. Jednak nie powiedział tego, a w
zamian obdarzył zestresowanego chłopaka szerokim uśmiechem.
– Ile
masz lat? – spytał wesołym tonem i poprowadził go do stołu.
–
Osiemnaście. – odpowiedział krótko
Jungkook, rozglądając sie po pomieszczeniu.
Nie
było tu żywej duszy, więc wywnioskował, że jedzenie tutaj musi
być okropne. Na ścianach nie wisiały żadne obrazy, a farba lekko
odchodziła i w niektórych miejscach było widać tynk. Podłoga też
nie była niczym specjalnym, proste drewniane deski. Mimo to, lokal
był utrzymany w porządku, żadne krzesło nie odstawało od
sosnowych stołów i nawet malutka plamka nie szpeciła podłogi.
–
Jaki młody! – zawołał Taehyung i
przytulił Kooka, przez co młodszy jęknął. – I jaki słodki!
Jungkook
poczuł, jak się rumieni. Często to słyszał od znajomych rodziców
na bankietach, ale z ust tego chłopaka brzmiało to jakoś...
inaczej. Odwrócił wzrok, a Taehyung, który niczego nie zauważył,
posadził go tuż przy ladzie i zniknął w drugim pomieszczeniu. Po
chwili dosiadł się do niego Jimin, szczerząc się.
–
Gdzie jesteśmy? – spytał Jungkook
szeptem, by przypadkiem nie usłyszał ich Taehyung.
–
Jesteśmy u mojego przyjaciela i jego
brata, a to jest ich lokal. – odparł Jimin normalnym głosem,
dając tym samym do zrozumienia swojemu przyjacielowi, że nie musi
się ukrywać z tą rozmową.
Jungkook
pokiwał w ciszy głową, a zza framugi drzwi wyłonił się
Taehyung, niosąc kawałek ciasta.
–
Specjał Hoseoka. Mojego brata. –
powiedział, podając talerzyk młodszemu. – Mam nadzieję, że
będzie ci smakować.
Jungkook
przyjrzał się ciastu, które wyglądało normalnie, jednak miał
wątpliwości co do smaku. Przecież musi być jakiś powód,
dlaczego nikt tutaj nie przychodzi... Z drugiego pomieszczenia
wychyliła się kolejna głowa, jak się Jungkook domyślił,
należąca do brata Taehyunga. Wiedział, że chłopak go obserwuje,
ale nie miał zamiaru ukrywać się, jeżeli ciasto byłoby niedobre.
Wziął wypiek do ręki i ostrożnie ugryzł kawałek.
– To
ciasto! – zaczął, otworzywszy szeroko oczy ze zdumienia. – To
wasze ciasto trafiło na bankiet!
Przez
niezręczną ciszę, jaką zastał, zorientował się, jaką głupotę
właśnie popełnił. Dostał kuksańca w bok od Jimina i miał już
się pytać, czy tak właśnie powinno się traktować swojego pana,
gdy jego przyjaciel zakrył mu w porę usta.
–
Skąd wiesz, że moje ciasto trafiło
na stoły w pałacu? – spytał podejrzliwie starszy brat, marszcząc
brwi.
Jungkook
miał zamiar się odezwać, wymyślając na poczekaniu coś głupiego,
kiedy znów dostał łokciem w żebra. W tym momencie zapamiętał
sobie, że Jiminowi należy się trochę więcej dyscypliny.
–
Bo... Nasz kochany panicz raczył nas
poczęstować tym ciastem! – oznajmił Jimin, szczerząc się do
Hoseoka.
Kucharz
zlustrował wzrokiem Jimina i Jungkooka, po czym westchnął cicho.
Oczywistym było, że w przeciwieństwie do swojego młodszego brata,
on nie uwierzył w tą bajeczkę. Stwierdził jednak, że nie należy
teraz naciskać i, że wcześniej czy później i tak się dowie
prawdy, chociaż przypuszczał już, jaka ona była. Ponownie
spojrzał na Jungkooka i prychnął.
– Nie
powiedziałeś mi jeszcze, czy ci w końcu smakuje. – powiedział
oschle, podchodząc do najmłodszego.
– To
ciasto jest genialne! – odparł natychmiast Jungkook, a jego oczy
lśniły lekko.
Hoseok
uśmiechnął się do siebie i pokiwał głową. Właśnie takiej
reakcji oczekiwał. Jungkook natomiast zamyślił się, wpatrując
się w ciasto.
– Ale
skoro ono jest takie dobre, dlaczego nikogo tu nie ma? – odezwał
się i był gotów przyjąć łokieć Jimina na swoje żebra, lecz na
szczęście, nie musiał.
–
Dzisiaj się urodziłeś? – prychnął
Hoseok. – Myślisz, że ktoś będzie wydawać pieniądze na
ciasto, zamiast na przeżycie?
Jungkook
zamilkł i spuścił głowę. Zaczął przygryzać swoją dolną
wargę, na co Hoseok cicho westchnął i zwrócił się do Jimina.
–
Dlaczego tutaj jesteście? – spytał,
a Taehyung zachęcił Jungkooka, by skończył jeść.
–
Potrzebujemy przenocować, możemy? –
spytał Jimin, posyłając przepraszający uśmiech swojemu hyungowi.
Hoseok
westchnął ciężko, wznosząc oczy ku górze. Nie było sensu mu
odmawiać, bo i tak łaziłby ciągle wokół niego, prosząc o swoje
i przeszkadzając mu.
–
Jedną noc. – zgodził się, a Jimin
natychmiast wstał i przytulił go ciasno, na co zareagował
śmiechem,
W
międzyczasie Jungkook podzielił się ciastem z Taehyungiem, które
zjedli razem w ciszy.
Gdy
godziny pracy lokalu skończyły się, a Hoseok z Taehyungiem
obsłużyli ostatniego i zarazem jedynego klienta poza Jungkookiem,
całą czwórką przeszli do drugiego pokoju, gdzie znajdowała się
kuchnia jak i składzik zarazem. Weszli schodami ku górze, gdzie
mieszkało rodzeństwo. Hoseok otworzył drzwi i wpuścił wszystkich
do mieszkania, a ku nim wyleciała biała, puchata kulka. Jungkook
spojrzał ze zdziwieniem na stworzonko, przypominające małe
wilczątko. Chciał się pochylić, by bliżej mu się przyjżeć,
gdy Jimin pociągnął go z powrotem do wyprostu, a małe zwierzątko
wydało z siebie potężny warkot przypominający grzmot.
–
Naprawdę jesteś tak głupi, by
wszystko dotykać? – prychnął Jimin, a Taehyung wziął wilczka
na ręce.
– Co
to jest? – spytał lekko przerażony Jungkook. Nie mógł uwierzyć,
że takie małe zwierzątko może wydać z siebie taki dźwięk.
–
Wilkor. – odpowiedział Taehyung,
drapiąc kulkę za uchem. – Ma na imię Śnieżek.
–
Słuchałeś mnie w ogóle?! –
odezwał się Hoseok, dźgając swojego brata w ramię. – To nie
jest odpowiednie imię dla takiego stworzenia!
Śnieżek
zaczął warczeć na starszego z braci, na co ten cofnął się,
prychając cicho.
– Ale
jemu się podoba, prawda? – zwrócił się do swojego zwierzątka i
zanurzył nos w jego sierści, na co stworzonko zaczęło mruczeć.
Jungkook
przypatrywał się wilkorowi, a gdy Taehyung to zauważył, wysunął
go w jego stronę, przez co młodszy chłopak dostał niemalże
zawału, gwałtownie cofając się kilka kroków, aż opadł na
ścianę.
– Nie
martw się, nie ugryzie cię. – zaśmiał się Taehyung i puścił
stworzonko wolno. – Wilkory są bardzo inteligentne.
Jungkook
przykucnął ostrożnie i wysunął dłoń. Mały wilczek popatrzył
na niego uważnie, po czym na swojego pana, a gdy ten kiwnął
zachęcająco głową, stworzonko podeszło do wyciągniętej ręki i
pozwoliło się pogłaskać. Kook wypuścił ze świstem powietrze,
rozluźniając się, co spowodowało, że Taehyung zaczął się
śmiać.
–
Słyszałem, że wilkory są wielkości
niedźwiedzi. – odezwał się Jungkook po dłuższej ciszy, w
dalszym ciągu głaszcząc psowate zwierzątko.
– Bo
są. – odparł Taehyung, wzruszając ramionami i przyłączył się
do pieszczenia swojego pupila, siadając obok chłopaka.
– To
dlaczego ten nie jest? – dopytywał się Jungkook.
Taehyung
zastanowił się przez chwilę, czy powinien mówić swojemu nowemu
znajomemu o pochodzeniu swojego pupila i doszedł do wniosku, że
jest przecież przyjacielem Jimina i nie musi mieć do niego żadnych
wątpliwości.
– Ten
został uratowany od pewnej śmierci. – zaczął Taehyung, biorąc
stworzonko na kolana. – On już większy nie będzie. Jest
karłowaty. Przez to, jako że się nie nadawał do walki, został
„wyrzucony”.
– Nie
mógł sobie sam poradzić?
Taehyung
spojrzał w lśniące oczy Kooka i uśmiechnął się krzywo.
–
Wilkor to nie pies, że można go na
ulicę wyrzucić,a on sobie jakoś poradzi. Nawet ten malec jest
wystarczająco niebezpieczny, by mógł pilnować naszego lokalu. –
powiedział, drapiąc swojego pupila po brzuszku. – Takie zwierzęta
oddaje się na śmietnisko czarnego rynku, a tam nie ma nic innego,
poza śmiercią.
Jungkook
wpatrywał się pustym wzrokiem w małego wilkora, nieświadomie
opierając się o Taehyunga, ze skupieniem słuchając historii
małego wilkora.
–
Przyjaciel mojego brata powiedział,
że może nam dać go za darmo, bo nie chciał skazywać niczemu
winne zwierzę na śmierć jedynie z powodu swojej choroby. –
Taehyung uśmiechnął się lekko. – Pamiętam, to było chyba
pierwszy raz, kiedy to Yoongi hyung prosił mojego brata o przysługę
i namawiał go. Zawsze było na odwrót.
Jungkook
również zaśmiał się cicho i posmyrał wilczka pod pyskiem.
Zwierzątko wydało z siebie przyjazny okrzyk i ugryzło delikatnie
palce chłopaka,
–
Lubi cię! – oznajmił wesoło
Taehyung i poczochrał włosy Jungkooka, obdarzając go szerokim
uśmiechem.
Przez
głowę Jungkooka przeszła myśl, że gdy chłopak tak robi, jest
naprawdę uroczy. Młodszy odwzajemnił gest, nabierając lekkiego
rumieńca. Taehyung wpatrywał się w lśniące oczy jego nowego
kolegi i przyznał w duchu, że nigdy nie widział śliczniejszych
oczu.
W
międzyczasie Jimin i Hoseok siedzieli w drugim końcu pokoju i
rozmawiali ze sobą przyciszonym głosem, by młodsi chłopcy ich nie
usłyszeli.
– To
kim on w końcu jest? – spytał starszy, patrząc się stanowczo w
oczy młodszego.
–
Przecież już mówiłem. – Jimin
odwrócił wzrok, stresując się lekko. – Jest drugim służącym
mojego panicza...
–
Faktycznie, mówiłeś już to, a
teraz powiesz mi prawdę? – naciskał Hoseok.
Jimin
westchnął cicho. Wiedział, że Hoseok nie ulegnie, więc zacisnął
ręce w pięści i powiedział, kim jest Jungkook. Opowiedział mu
również, dlaczego są tutaj, a starszy kiwał głową w
zrozumieniu, cały czas zachowując tą samą twarz, co lekko
niepokoiło Jimina.
–
Rozumiem. – powiedział w końcu
Hoseok i przeczesał dłonią swoje włosy. – Nie zwracam uwagi na
pochodzenie, więc wyluzuj teraz trochę. Nikomu nie powiem. Pod
warunkiem, że dzieciak nie zamierza zrobić z nas dodatkowych
sługusów.
Jimin
milczał przez chwilę. Rzucił Hoseokowi lekko wyzywające
spojrzenie.
– Za
kogo ty mnie masz? Nie przyprowadziłbym go tutaj, gdybym mu nie
ufał. – Powiedział w końcu lekko obrażonym tonem. – Jest może
naiwny, rozpieszczony i apodyktyczny, ale... wciąż jest moim
przyjacielem. Nie jestem tylko sługą.
– On
też tak myśli? – spytał starszy, unosząc jedną brew.
–
Tak. – odparł bez wahania Jimin. –
Gdyby tak nie myślał, nie znałbym go tak dobrze.
Tym
razem Hoseok zachował milczenie, obserwując księcia bawiącego się
z jego bratem. Miał do niego mieszane uczucia, nie był pewny, czy
można mu zaufać, lecz skoro Jimin gwarantował, że nie ma ku temu
przeciwskazań, postanowił dać szansę paniczowi. Klasnął w ręce
i wstał ze zniszczonej sofy, na której siedział razem z Jiminem.
–
Pora spać, dzieciaki. Późno już
jest. – powiedział radośnie, pomagając podnieść się jego
przyjacielowi.
Jungkook
i Taehyung wzdrygnęli się lekko i natychmiast stanęli na równe
nogi, nabierając ciemnych rumieńców. Obydwoje patrzyli w różne
strony, a Hoseok prychnął cicho. Rozłożył łóżko i
doszedł do wniosku, że wszyscy się nie zmieszczą, jeżeli położą
się normalnie. Ułożył więc poduszki w poprzek. Łóżko było
wystarczająco szerokie, by można było się położyć i w tą
stronę. Jedynie trzeba było podkurczyć trochę nogi, co nie
przeszkadzało w wygodnym ułożeniu się. Poszedł do łazienki, by
wziąć prysznic, a gdy skończył i wyszedł z łazienki, wszyscy
już spali. Zgasił światło i ułożył się na końcu łóżka,
obok Taehyunga, przykrywając się skrawkiem kołdry. Westchnął
cicho, gdy jego młodszy brat rozwalił się na nim. Zamknął oczy i
po chwili odpłynął w objęciach Morfeusza do krainy snów.
Serce
Jimina stanęło w jednym momencie, gdy po otwarciu oczu zobaczył
tylko Hoseoka po drugiej stronie łóżka. Nie było obok niego jego
przyjaciela. Podniósł się natychmiast i ulżyło mu, gdy zobaczył
swojego panicza, siedzącego na ziemi, bawiącego się z wilkorem.
–
Gdzie jest Taehyung? – spytał, gdy
zauważył, że drugiego chłopaka nigdzie nie ma. Jungkook podniósł
na niego wzrok i obdarzył go szerokim uśmiechem, który Jimin
odwzajemnił, wstając z łóżka.
–
Powiedział, że idzie zrobić do
jedzenia. – odpowiedział młodszy, biorąc wilkora na ręce.
Zwierzak nie miał już nic przeciwko niemu i pozwalał mu robić ze
sobą co chce.
Mina
Jimina od razu zżedła. Ostatnim razem, jak Taehyung sporządzał
posiłek, wywołał pożar w kuchni, który próbował ugasić
olejem. Na słowa Jungkooka nawet Hoseok się obudził i czym prędzej
popędził na dół, a tuż za nim Jimin. Zdezorientowany książę
odłożył zwierzątko i ruszył za hyungami na parter.
Przed
piecykiem gazowym stał Taehyung, smażąc jajecznicę z super
skupionym wyrazem twarzy. Dwójka starszych przyglądała się ze
zdumieniem niepłonącej patelce, podczas gdy najmłodszy dalej nie
wiedział o co chodzi.
–
Taetae, nauczyłeś się gotować? –
spytał z niedowierzeniem Hoseok podchodząc bliżej.
I
to był największy błąd, jaki mógł w tej chwili zrobić.
Taehyung spojrzał na niego, uśmiechając się, a jego patelka
natychmiast zaczęła się palić, jakby spojrzenie chłopaka
powstrzymywało ją od samozapłonu.
Taehyung
odskoczył zaskoczony, a Jimin doskoczył do kranu i natychmiast
ugasił pożar wodą. W kuchni unosił się swąd spalenizny i
wszyscy zaczęli kaszleć. Hoseok otworzył okno i wszyscy wystawili
za nie głowy, łapczywie nabierając świerzego powietrza. Gdy już
większość smrodu ulotniła się, Taehyung dostał w tył głowy
otwartą dłonią od swojego brata.
– Co
ci przyszło do tego pustego łba, żeby samemu smażyć jajecznicę?!
– fuknął Hoseok, podchodząc do spalonej patelki.
Taehyung
stał ze spuszczoną głową, wpatrując się w czubki swoich butów.
–
Chciałem zrobić coś dla
Jungkooka... – powiedział cicho, czerwieniejąc.
Hoseok
warknął na siebie i zaczął skrobać zwęglone resztki z patelki
nad zlewem. Jungkook poczuł się współwinny za ten incydent,
dlatego podszedł do Taehyunga i objął go ramieniem, chcąc go
pocieszyć.
–
Dzięki, że się starałeś. –
powiedział cicho, pocierając plecy starszego chłopaka, który
uśmiechnął się na te słowa.
Jimin
spojrzał krzywo na swojego panicza. To był pierwszy raz, kiedy
Jungkook dziękował komukolwiek innemu, aniżeli jemu. Uśmiechnął
się jednak po chwili i podszedł do Hoseoka, by pomóc mu.
–
Kookie. – zawołał swojego
przyjaciela po dłuższej chwili, gdy prawie już skończył czyścić
patelkę, a młodszy podszedł do niego. Hoseok w tym czasie zaczął
przyrządzać śniadanie. – Wrócimy do pałacu, dobrze?
Jungkook
zawachał się. Nie chciał wracać do domu. Było mu tu dobrze, ale
wiedział, że jego przyjaciel tylko zachowuję zimną krew, a tak
naprawdę w duszy boi się, że jego rodzice zauważyli zniknięcie
swojego syna, a wtedy cała wina spadnie na niego. Kiwnął bardzo
powoli głową, przyglądając się, jak Jimin płucze naczynie.
–
Dziękuję. – powiedział jego
przyjaciel, odkładając patelkę, po czym wytarł ręce i poczochrał
włosy Jungkooka z szerokim uśmiechem.
–
Śniadanie! – zawołał Hoseok,
niosąc stos kanapek na stół w pokoju obok.
Wszyscy
powędrowali za nim i usiedli razem przy stole, poza Hoseokiem, który
poszedł otworzyć lokal i dopiero wtedy przysiadł się do
pozostałych. Zaczęli jeść kanapki, gdy do lokalu wszedł
rudowłosy mężczyzna. Hoseok spojrzał na niego i od razu przerwał
jedzenie, wstając od stołu.
–
Myślę, że powinniście się
zbierać. Weźcie te kanapki. – mruknął do Jimina, który od razu
zrozumiał, o co chodzi.
Zabrał
jeszcze po kanapce dla siebie i dla Jungkooka, każąc mu w
międzyczasie założyć kaptur. Pośpiesznie wyszli z lokalu, a
książę zdążył jeszcze pomachać na pożegnanie Taehyungowi.
Mężczyzna
odczekał, aż dwójka chłopaków znikła mu z oczu i zwrócił się
do starszego z braci.
– Po
co przyszedłeś, Suga? – Hoseok spytał, przygryzając wargę.
– Mam
robotę dla ciebie. – powiedział cicho.
Taehyung
zabrał kanapki i wyniósł się do kuchni, by nie przeszkadzać
swoim hyungom. Wiedział, że jeżeli pada słowo „robota” od
tego hyunga, nie powinien słuchać, o czym rozmawiają.
–
Jaką? – spytał Hoseok, nerwowo
przestępując z nogi na nogę.
Oczekiwał
najgorszego. Większość prac od Sugi polegała na kradzieży
jakichś rzeczy i zawsze skutkowało czyjąś śmiercią. Oczywiście,
nie on zabijał, a hyung stojący przed nim. Zazwyczaj ludzie, którzy
są okradani, to inwestorzy i temu podobni ludzie, nie spłacający
kredytów i pożyczek. Suga był handlowcem na czarnym rynku, z
którym lepiej było nie zadzierać. Mężczyzna podszedł do stolika
i usiadł.
–
Spokojnie, nie musisz się denerwować.
Tylko transport. Mam zlecenie, by zawieźć wilkory na ubój. –
uśmiechnął się krzywo.
– Nie
możesz tego sam zrobić? – Hoseok prychął, wzruszając
ramionami.
Skoro
to było takie proste, to po co go potrzebował? Spojrzał na niego i
po chwili olśniło go.
– Ah,
już rozumiem... – mruknął. – Chodźmy.
Machnął
na Sugę, a ten ruszył za nim. Wyszli z lokalu i wsiedli do
samochodu starszego. Prawdą było, że pomimo chłodnego charakteru
i groźnej aury Yoongi był bardzo wrażliwy, jeżeli chodziło o
zwierzęta. Dojechali do hangaru, gdzie znajdowało się stanowisko
pracy Sugi. W środku stała wielka klatka zakryta brudnym
materiałem. Na jej widok starszy skrzywił się lekko i podszedł do
swojego biurka, by spisać adres dostawy i wręczyć go Hoseokowi. W
budynku słychać były ciche jęki i piski, dochodzące jakby spod
ziemi. Młodszy cały czas miał oczy na brudnym materiale.
–
Chcesz zajrzeć? – spytał Suga,
Hoseok wzdrygnął się na dźwięk jego głosu.
Spojrzał
niepewnie na swojego hyunga, po czym podszedł niepewnie do klatki i
uniósł materiał. W jego nozdrza uderzył silny zapach
rozkładających się ciał. W śroku, jeden na drugim, leżały
wilkory, brudne od krwi i poszarpane, niektórym było widać nawet
kości. To one wydawały z siebie te jęki i piski. Niektóre ledwo
co oddychały. Ich ciała zaczynały się rozkładać, pomimo tego,
że jeszcze żyły.
Hoseok
zakrył usta i odsunął się natychmiast, potykając się o swoje
nogi. Ledwo się powstrzymał, by nie zwymiotować kanapki, którą
zjadł niedawno. Suga stanął za nim, trzymając w ręku karteczkę.
–
Przywieziono je z domów tych jebanych
rojalistów. Znudziły im się, więc postanowili stworzyć sobie
nową rozrywkę. W końcu kto bogatemu zabroni? – powiedział to
cicho drżącym głosem, zaciskając dłonie w pięści.
Hoseok
zauważył w oczach swojego hyunga łzy, jednak ten nie pozwolił im
wypłynąć. Wytarł je w rękaw swojej bluzy i odwrócił się.
– Idź
do czarnej ciężarówki, zaraz ci przeniosę tą klatkę do
kontenera. – powiedział już normalnym głosem, podając karteczkę
Hoseokowi i ruszył w stronę wózka.
Młodszy
chłopak pozbierał się i zabrał kluczyki z biurka. Wszedł do
ciężarówki i zaczekał, aż zwierzęta zostały załadowane.
Włożył wtedy kluczyki do stacyjki i uruchomił silnik. Wyjechał z
hangaru i ruszył na południe kraju, pod wskazany adres.
Suga
obserwował odjeżdżający samochód, póki nie zniknął mu z oczu.
Było mu szkoda tych wilkorów. Usiadł na krześle przy biurku i
schował twarz w dłoniach. Tak bardzo nienawidził tego świata,
tego systemu. Chciałby to zmienić. Kiedyś miał swoją hodowlę
różnych domowych zwierząt, od koszatniczek poczynając, aż po
wilkory. Pewnego dnia, gdy wrócił do domu zastał liścik na
drzwiach od żandarmerii, a wokół walały się trupy jego pupili.
Nawet już nie pamiętał, co było napisane na tym jebanym kawałku
papieru.
Wzdrygnął
się, gdy poczuł, jak ktoś przytula go od tyłu.
– Co
robi mój mały braciszek? – usłyszał przy swoim uchu i
natychmiast uderzył napastnika w brzuch łokciem, przez co tamten
wywalił się.
–
Jestem starszy od ciebie, Namjoon. –
warknął, wstając z krzesełka.
Stanął
nad swoim przyjacielem i spojrzał mu chłodno w oczy, lecz po chwili
nie wytrzymał i parsknął śmiechem.
– Ale
wciąż mi przypominasz mojego młodszego brata! – burknął
Namjoon, podnosząc się z ziemi. – Mów do mnie hyung.
–
Chyba cię pojebało. – odparł
Yoongi i kopnął lekko w nogę swojego przyjaciela i ponownie
usiadł, by zająć się papierkową robotą.
Suga
i Namjoon nie byli rodzeństwem, ale tylko pod względem
biologicznym. Wychowali się razem na ulicy i bronili siebie
wzajemnie, gdy była taka potrzeba. Byli dla siebie jedynymi bliskimi
osobami i ufali sobie bezgranicznie. Namjoon zawsze traktował Sugę
jak młodszego brata, pomimo tego, że był młodszy. Yoongiemu to
raczej nie przeszkadzało, znał bowiem przeszłość swojego
przyjaciela na tyle dobrze, by rozumieć, co on czuje.
Przez
chwilę trwała w hangarze cisza, przerywana jedynie skrobaniem
długopisu.
– Jin
ma dla ciebie robotę. – odezwał się w końcu Namjoon, kładąc
mu dłoń na ramieniu.
Kim
Seokjin był szefem największej mafii w kraju, a młodszy chłopak
był jego prawą ręką i najbardziej zaufanym członkiem mafii.
Yoongi nie należał do niej, ale wyświadczał małe przysługi,
zapewniając sobie tym samym bezpieczeństwo i ewentualną ochronę.
– Hm?
– mruknął Suga, nie skupiając na nim zbyt wielkiej uwagi.
–
Chodzi o robotę związaną z twoją
drugą działalnością, tą poza prowadzeniem tego hangaru. –
powiedział ostrożnie Namjoon. W jego głosie nie było słuchać
ani trochę tego wesołego gościa z przed chwili.
Suga uniósł głowę i spojrzał na Namjoona. Westchnął cicho i zamknął zeszyt, w którym wszystko notował. Wstał i podszedł do szafy pancernej, w której trzymał swój sprzęt potrzebny do wykonywania robót na boku, gdy ktoś sprawiał problemy.- A o co dokładnie chodzi? - spytał, otwierając drzwiczki.
- Wolałbym, żebyś pojechał ze mną do kryjówki jego mafii. On ci wszystko wytłumaczy.
Suga pokiwał głową. Wyciągnął małe zawiniątko i schował je do plecaka. Założył go na plecy i spojrzał na Namjoona.
- To chodźmy. - powiedział, wzruszając ramionami.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz